Trasa wygladala mniej wiecej tak; Dyrholay, czyli skalne nabrzeze, a potem Vik, gdzie na campie wykapalismy sie na wariata, to znaczy nie placac i zjedlismy w zamknietym cieplym pomieszczeniu. Nawet nie wyobrazacie sobie, jaka to przyjemnosc wziac prysznic po kilku dniach!
A potem, a potem sie zaczelo... Za Vik byl odcinek 72 km bez cywilizacji, zadnego domu, zadnej stacji, pustkowie...
Nie pozostalo nic innego jak jechac dalej, do konca..
Tak wiec jechalismny. Odcinek deszczu, potem suszarka na wietrze i tak na przemian. Ostatnie kilometry jechalismy jak pijani i wreszcie w deszczu dotarlismu do Kirku.
Pzdr
