Winterson

"There are times when it will go so wrong that
you will barely be alive, and times when you realise that
being barely alive, on your own terms, is better than
living a bloated half-life on someone else`s terms
"

Jeanette Winterson

poniedziałek, 26 lipca 2010

Long long way



Dzis padl rekord: 125 km! Nie dlatego ze chcielismy, ale nie bylo wyjscia po prostu.
Trasa wygladala mniej wiecej tak; Dyrholay, czyli skalne nabrzeze, a potem Vik, gdzie na campie wykapalismy sie na wariata, to znaczy nie placac i zjedlismy w zamknietym cieplym pomieszczeniu. Nawet nie wyobrazacie sobie, jaka to przyjemnosc wziac prysznic po kilku dniach!
A potem, a potem sie zaczelo... Za Vik byl odcinek 72 km bez cywilizacji, zadnego domu, zadnej stacji, pustkowie...
Nie pozostalo nic innego jak jechac dalej, do konca..
Tak wiec jechalismny. Odcinek deszczu, potem suszarka na wietrze i tak na przemian. Ostatnie kilometry jechalismy jak pijani i wreszcie w deszczu dotarlismu do Kirku.
Pzdr

Na szlaku




Rozbilismy sie na dziko, kolo jakiegos boiska i dzien zaczal sie naprawde dobrze. Bylo dosc cieplo i wiatr jakby odpuscil. Poza tym zmienilo sie otoczenie. Pojawily sie gorki i wodospady. Przy jednym w koncu przenocowalismy. Po drodze spotkalismy 2 Dunczykow na motorowerach - prawdziwi wariaci. Scigalismy sie z nimi i nawet na krotko mielismy mala przewage. W koncu nas jednak dogonili i rozstalismy sie w pokoju.
Mimo wszystko bylismy dumni, bo tego dnia zrobilismy 104 km!

Chrzest


Pierwszy dzien w trasie moze okazac swie najgorszym, choc kto wie...
Po opuszczeniu cieplego mieszkania u Tomka, wyruszylismy dalej i od razu poznalismy ta ciemna strone Islandii.
Na odcinku 40 km dopadl nas deszcz i wiatr. Trzeba przyznac wybuchowa mieszanka!
Dodatkowo pojawily sie podjazdy, na ktorych 10 km/h to nie lada sukces.
Tego dnia udalo nam sie zrobic jedynie 70km , ale wierzcie mi, to i tak sporo!

piątek, 23 lipca 2010

Welcome to Iceland


Wylądowaliśmy!

Rowery całe, bagaże całe. Tak wiec wszystko w porządku.
Nasze maszyny składalismy 3 godziny, niestety poza lotniskiem, bo na hali przylotow był zakaz.
Potem z jedna sakwa pojechalismy do Hafnarfjordur, jakies 40/50 km od Keflaviku, gdzie wyladowalismy.
Kolega z Polski - Tomek - uzyczyl nam swojej goscinnosci, zabierajac reszte sakiew i kartony. Noc zakonczylismy u niego jak prawdziwi sportowcy, czyli wodeczka, swojskiej roboty...
Oczywiscie wszystko symbolicznie, bo rano musielismy wczesnie wstac.
Pakujac sie, stwierdzilem, ze mam za duzo jedzenia i chyba bedziemy nim handlowac, najlepiej na interiorze ze wzgledu na wysoka marze.
Pogoda zmienna, troche deszczu, troche wiatru, troche slonca. W tej chwili pochmurnie. Zgodnie z tym co mowil Tomek przed naszym przyjazdem byly 2 tygodnie cieplego lata, nawet 20 stopni. Anomalia!

Pozdrowienia

środa, 21 lipca 2010

Przygotowania


Jest 1 w nocy, o 6 rano pobudka. Sakwy spakowane, nie jestem pewien czy czegos nie zapomnialem...ale nie bede sie zadreczal o tej porze.
Rower spakowany, kosztowalo nas to kilka godzin!, a efekt będzie widoczny dopiero w Keflaviku, miejmy nadzieje, ze nie beda sie bawic naszymi kartonami w berka.
O nadziejach dlugo by pisac, ale pozno wiec darujmy sobie.
Przed nami trudny dzien, ale jak nie pogubia bagazu i rower dotrze calo, to ruszamy z kopyta!
Do zobaczenia!!!

środa, 14 lipca 2010

Trasa wyprawy


Łukasz sporządził mapkę, którą wykupił od amerykanskiego wywiadu. Amerykanie notabene skolonizowali Isalndie znacznie wczesniej od nas:(
Jak widac nie robimy całej pętli, ale w zamian za to pakujemy się w Interior.
Dla niewtajemniczonych interior, czyli środek, to taka pustynia z lodowcami i ulewami na miarę pory deszczowej. Dziwna ta pustynia... Nie ma tam "twardych" dróg i trzeba przechodzić przez rzeki. Teren w zasadzie bezludny, poza nielicznymi wariatami z plecakami, na rowerach i terenowych pojazdach z kołami mojej wysokosci...
Być na Islandii jednak i nie zaliczyć interioru, to tak jak ... zreszta niech kazdy wpisze co chce, bo mi brzydkie mysli przychodza do glowy.
Ruszamy z Keflaviku na wschód, a potem w górę i na zachód.
Plan oczywiście może ulec zmianie. Pogody się nie wybiera. To po pierwsze. Po drugie, kondycja fizyczna. Niby jest, ale kto wie, może po drodze się zgubi? Po trzecie, jeżeli odkryjemy w poblizu jakies miejsce warte zobaczenia, to zacisniemy zeby i z pewnością pojdziemy za glosem serca. Po czwarte wreszcie, jak się wkręcimy w fotografowanie, w szczególności Łukasz, który z aparatem w ręku, zapomina o bozym świecie, to różnie moze być...
W kazdym badz razie jakies korekty pojawia się na pewno.
CDN.

wtorek, 13 lipca 2010

Islandia 2010 - Wprowadzenie

Czas na punkt programu.
Islandia - kraina pokryta lodem i lawą, gdzie rządzą dwa żywioły: deszcz i wiatr.
Z drugiej strony dwóch wariatów, nijaki Łukasz Kowalkowski i ja - Marcin Punpur. Obaj, wprawdzie nie w pełni władz umysłowych, ale za to pełni wiary, postanowiliśmy skolonizować tą egzotyczną dla nas - ludzi cywilizowanych - wyspę.
Jak przystało na prawdziwych konkwistadorów jesteśmy ambitni i pazerni na przygodę.
Początek wyprawy 22 lipca, koniec 16 sierpnia, a więc 25 dni sportowej walki i celebracji dzikiej przyrody.
Plan - 2500 km, co daje średnią 100 km dziennie. Biorąc pod uwagę wiatr wiejący czasami do 100 km/h pomysł naprawdę wariacki, ale co pokazały inne ekipy wykonalny.Tym bardziej, ze sprzęt mamy dobry, a hartu ducha nam nie brakuje.
Co do kondycji, to jak mawia moja mama, wyjdzie w praniu:)
Żadnych pensjonatów, kempingów, czy innych callserfingów. Tylko namiot, ewentualnie czerwone emergency houses, o ile zajdzie taka potrzeba.
Chcemy zmierzyć się z Islandią bez pośredników i żyć przez te 25 dni jak dawni Vikingowie, żywiąc się trawą, mchami i upolowanymi tubylcami, których języka, jak przystało na prawdziwych konkwistadorów, oczywiście nie znamy.

CDN.